Masowe zamykanie oddziałów położniczych w szpitalach powiatowych w całej Polsce wywołuje ogromne emocje. Dla mieszkańców to często symbol utraty bezpieczeństwa i kolejny dowód na pogarszającą się dostępność ochrony zdrowia. Dla samorządowców są to jedne z najtrudniejszych decyzji, jakie muszą podejmować. Rozumiem te emocje. Sama jestem lekarzem i wiem, jak ważna dla lokalnej społeczności jest możliwość urodzenia dziecka blisko domu.

Jednak medycyna nie może opierać się wyłącznie na emocjach. Powinna opierać się przede wszystkim na faktach, doświadczeniu i bezpieczeństwie pacjentów.

Najważniejszą przyczyną zamykania porodówek jest dramatyczny spadek liczby urodzeń. Demografia jest dziś nieubłagana. W wielu szpitalach powiatowych odbywa się mniej niż jeden poród dziennie. Są oddziały, na których dziecko przychodzi na świat raz na kilka dni. Tymczasem Narodowy Fundusz Zdrowia finansuje wykonane świadczenia, czyli odebrane porody, a nie samą gotowość do ich realizacji.

Szpital, niezależnie od liczby pacjentek, musi przez całą dobę utrzymywać pełną obsadę specjalistów – ginekologów, położnych, neonatologów oraz anestezjologów. Musi zapewnić funkcjonowanie bloku operacyjnego, sal porodowych, zaplecza diagnostycznego i całego systemu zabezpieczenia medycznego. To koszty liczone w milionach złotych rocznie. Utrzymywanie oddziału, na którym porody odbywają się sporadycznie, staje się z ekonomicznego punktu widzenia praktycznie niemożliwe.

To jednak tylko jedna strona problemu.

Znacznie ważniejsze jest bezpieczeństwo kobiet rodzących i ich dzieci.

W debacie publicznej często słyszymy argument, że każda porodówka powinna pozostać otwarta, aby zapewnić mieszkańcom dostęp do opieki. Rzadziej mówi się natomiast o tym, że bezpieczeństwo w położnictwie jest nierozerwalnie związane z doświadczeniem całego zespołu medycznego.

Krajowi konsultanci od lat wskazują, że bezpieczny oddział położniczy to taki, na którym odbywa się około 1000 porodów rocznie. Za absolutne minimum uznaje się około 400 porodów rocznie, natomiast Ministerstwo Zdrowia wskazuje, że optymalnym poziomem jest co najmniej 700 porodów.

Nie są to liczby przypadkowe ani administracyjne. Wynikają z wieloletnich analiz i doświadczeń medycznych.

Położnictwo jest jedną z najbardziej nieprzewidywalnych dziedzin medycyny. Większość porodów przebiega prawidłowo, jednak każdy lekarz i każda położna wiedzą, że sytuacja może zmienić się dramatycznie w ciągu kilkunastu sekund. To, co jeszcze chwilę wcześniej wyglądało na całkowicie fizjologiczny poród, może nagle stać się bezpośrednim zagrożeniem życia matki lub dziecka.

W takich momentach nie ma czasu na zastanawianie się.

Liczy się automatyzm działania, doświadczenie oraz doskonale zgrany zespół.

Tego nie da się nauczyć wyłącznie podczas kursów czy konferencji. Medycyna opiera się na codziennej praktyce. Personel musi regularnie spotykać się z trudnymi sytuacjami klinicznymi, aby jego reakcje były natychmiastowe i właściwe.

Dystocja barkowa, poród w położeniu miednicowym drogami natury, masywne krwotoki poporodowe czy nagłe zagrożenie życia płodu należą do sytuacji, które występują stosunkowo rzadko, ale kiedy już się pojawią, wymagają perfekcyjnej współpracy całego zespołu.

Jeżeli oddział odbiera jedno dziecko dziennie albo nawet rzadziej, lekarze i położne nie mają możliwości utrzymywania odpowiednio wysokiej biegłości w wykonywaniu tych procedur. W sytuacji krytycznej pojawia się większy stres, a wraz z nim rośnie ryzyko błędu medycznego.

To nie jest zarzut wobec personelu.

To naturalna konsekwencja zbyt małej liczby wykonywanych świadczeń.

Praktyka czyni mistrza – to powiedzenie w medycynie nie jest sloganem. To codzienność. Umiejętności trzeba stale doskonalić, ponieważ od nich zależy ludzkie życie.

Zmieniają się również oczekiwania samych kobiet.

Coraz więcej ciężarnych świadomie wybiera duże, wyspecjalizowane ośrodki o wyższym stopniu referencyjności. Nie dlatego, że nie ufa lokalnym lekarzom, lecz dlatego, że szuka miejsca oferującego możliwie najszersze zabezpieczenie medyczne. Dostęp do całodobowego znieczulenia, neonatologów, nowoczesnej diagnostyki oraz oddziałów intensywnej terapii noworodka daje pacjentkom poczucie bezpieczeństwa.

W naszym oddziale położniczym w Knurowie całodobowy dostęp do znieczulenia jest zapewniony. Nie wszędzie jednak sytuacja wygląda podobnie.

W wielu małych szpitalach jeden anestezjolog zabezpiecza jednocześnie cały szpital i blok operacyjny. Często brakuje neonatologów dostępnych wyłącznie dla rodzących. Małe oddziały mają również najniższy stopień referencyjności, co oznacza ograniczone możliwości leczenia wcześniaków i noworodków wymagających specjalistycznej opieki.

Dlatego dyskusja o przyszłości porodówek powinna być prowadzona odpowiedzialnie i wielowymiarowo.

Nie wystarczy powiedzieć, że oddział powinien istnieć, bo jest potrzebny mieszkańcom. Trzeba również odpowiedzieć na pytanie, czy jest on w stanie zapewnić taki poziom bezpieczeństwa, jakiego oczekujemy dla kobiet rodzących i ich dzieci.

Nie każda decyzja o zamknięciu porodówki jest decyzją przeciwko pacjentkom.

Czasami jest decyzją podejmowaną właśnie w trosce o ich bezpieczeństwo.

Nie oznacza to oczywiście, że problem można sprowadzić wyłącznie do ekonomii. Wręcz przeciwnie. O przyszłości opieki okołoporodowej należy rozmawiać kompleksowo – uwzględniając demografię, finanse, organizację systemu, dostępność personelu oraz przede wszystkim jakość i bezpieczeństwo udzielanych świadczeń.

To temat, który zasługuje na merytoryczną debatę, a nie polityczne hasła.

Bo w położnictwie najważniejsze nie jest to, ile porodówek pozostanie na mapie Polski. Najważniejsze jest to, aby każda kobieta, niezależnie od miejsca zamieszkania, mogła rodzić tam, gdzie w razie nieprzewidzianych komplikacji cały zespół medyczny będzie gotowy zareagować natychmiast, skutecznie i bez chwili zawahania.

W medycynie doświadczenie nie jest dodatkiem do zawodu.

Jest jednym z najważniejszych elementów bezpieczeństwa.

I właśnie dlatego uważam, że o przyszłości małych porodówek powinniśmy rozmawiać przede wszystkim przez pryzmat jakości opieki i bezpieczeństwa pacjentek, a nie wyłącznie lokalnych emocji czy politycznych sporów.