Najpierw wakacje, później wielkie uczucie, deklaracje, ślub i pytanie: miłość czy interes? Historie Polek zakochujących się w Tunezyjczykach i Egipcjanach od lat rozpalają internet. Teraz emocje wywołują Małgorzata i Mohamed. Znacznie mniej mówi się natomiast o mężczyznach wyjeżdżających do Tajlandii i innych krajów Azji, gdzie poznają przyszłe partnerki i żony. Choć kierunki są różne, pewne schematy potrafią być zaskakująco podobne. Jest jednak coś, o czym w internetowych dyskusjach łatwo zapomnieć – wiele takich historii naprawdę ma swój happy end.

Kiedy w internecie pojawia się historia Polki zakochanej w Tunezyjczyku lub Egipcjaninie, komentarze często można przewidzieć jeszcze przed ich przeczytaniem.

„Chodzi mu o wizę”. „Zaraz poprosi o pieniądze”. „Poczekaj, aż skończą się wakacje”.

Podobne podejrzenia pojawiają się przy historiach mężczyzn, którzy w Tajlandii czy na Filipinach poznają znacznie młodsze partnerki.

Problem w tym, że życie nie zawsze pasuje do internetowego stereotypu.

Są historie, które kończą się dobrze

Przykładów nie trzeba szukać daleko. Monika Jabnouni opowiadała polskim mediom o małżeństwie z Tunezyjczykiem, które trwało już dekadę. Sama wspominała, że przed pierwszym wyjazdem do przyszłego męża znajomi straszyli ją najczarniejszymi scenariuszami. Po latach mówiła o swoim małżeństwie zupełnie inaczej – jako o związku, który mimo różnic kulturowych okazał się trwały.

Inna Polka, Natalia, poślubiła Tunezyjczyka poznanego podczas pracy w Dubaju. Para przez sześć lat pracowała razem w liniach lotniczych, a później zdecydowała się rozpocząć nowe życie w Tunezji. Natalia opowiadała również o Polkach, które mieszkają w tym kraju od ponad 20 lat i pozostają w szczęśliwych małżeństwach. Jej zdaniem o powodzeniu związku decyduje przede wszystkim konkretny człowiek, a nie samo miejsce jego pochodzenia.

Także w przypadku Egiptu można znaleźć zupełnie inne historie niż te najbardziej dramatyczne, które zwykle zdobywają największe zasięgi. Jedna z Polek opisywała swoje doświadczenia po pięciu latach małżeństwa z Egipcjaninem, pokazując codzienność związku mieszanego – ze wszystkimi różnicami, ale bez sensacyjnego scenariusza o „wakacyjnym oszustwie”.

To ważne zastrzeżenie.

Mohamed nie jest automatycznie oszustem dlatego, że jest Tunezyjczykiem. Egipcjanin nie staje się „habibi naciągaczem” tylko dlatego, że poznał Europejkę w kurorcie. Tajka wychodząca za Europejczyka również nie musi robić tego dla pieniędzy.

Narodowość nie przesądza o intencjach.

Dlaczego więc w internecie dominują historie o oszustwach?

Bo szczęśliwe małżeństwo jest znacznie mniej sensacyjne.

Para poznaje się na wakacjach, zakochuje, bierze ślub, po kilku latach nadal jest razem, wychowuje dzieci, pracuje i spłaca kredyt. Trudno z takiej codzienności zrobić historię, która wywoła tysiące komentarzy.

Znacznie większe emocje buduje opowieść o kobiecie, która zakochała się podczas tygodniowego all inclusive, wysłała pieniądze, wzięła ślub, a później odkryła drugą rodzinę partnera.

I takie przypadki rzeczywiście się zdarzają.

Polskie MSZ przygotowało nawet obszerny przewodnik dla kobiet rozważających małżeństwo z obywatelem Egiptu. Zwraca w nim uwagę m.in. na ogromne różnice między polskim i egipskim prawem rodzinnym, kwestie własności majątku oraz konsekwencje zawierania nieformalnych kontraktów typu orfi. To pokazuje, że przed decyzją o ślubie emocje warto uzupełnić bardzo konkretną wiedzą.

Małgorzata i Mohamed – znajomy telewizyjny schemat

Właśnie dlatego tak duże zainteresowanie budzą Małgorzata i Mohamed. Widz dostaje elementy znane z wielu wcześniejszych historii: różnicę kulturową, pytania otoczenia, wątpliwości dotyczące intencji partnera i wielkie deklaracje uczuć.

Telewizja lubi takie historie, bo naturalnie budują napięcie.

Czy on naprawdę ją kocha?

Czy ona nie jest zbyt ufna?

Czy chodzi o możliwość wyjazdu do Europy?

Czy rodzina zaakceptuje związek?

A może – wbrew podejrzeniom – za kilka czy kilkanaście lat nadal będą razem?

I właśnie ostatnia możliwość często umyka w internetowych komentarzach.

„Habibi” z Egiptu. Nie każdy scenariusz jest taki sam

Podobny mechanizm działa w przypadku popularnego określenia „habibi”. W polskim internecie słowo zaczęło funkcjonować niemal jako osobna kategoria wakacyjnych historii o Polkach poznających partnerów w Egipcie.

Oczywiście istnieją relacje kobiet, które opisują bardzo podobny mechanizm: szybkie zainteresowanie, komplementy, deklaracje wielkiej miłości, ślub, a następnie prośby dotyczące pieniędzy czy wyjazdu do Europy.

Ale obok nich istnieją zwyczajne polsko-egipskie rodziny.

Dlatego rozsądniej mówić o sygnałach ostrzegawczych, a nie o narodowościach.

Problemem nie jest to, że partner ma na imię Mohamed. Problemem może być sytuacja, w której po kilku dniach znajomości mówi o małżeństwie, zaczyna prosić o pieniądze, unika przedstawienia swojej rodziny, ukrywa część życia albo wywiera presję na szybkie podejmowanie decyzji.

I dokładnie tę samą zasadę można zastosować w drugą stronę.

A co z mężczyznami jadącymi po miłość do Tajlandii?

O nich mówi się zdecydowanie mniej.

Tymczasem Tajlandia od lat jest jednym z miejsc, w których Europejczycy poznają partnerki, tworzą związki, a czasami zawierają małżeństwa. Nie jest to wyłącznie turystyczna legenda – polska placówka konsularna publikuje informacje dotyczące formalności związanych z zawieraniem małżeństw w Tajlandii oraz rejestracją zagranicznych aktów stanu cywilnego.

I tu pojawia się interesujące lustrzane odbicie.

Europejska kobieta może polecieć do Tunezji i zachwycić się młodszym mężczyzną, który okazuje jej ogromne zainteresowanie.

Europejski mężczyzna może polecieć do Tajlandii i zachwycić się młodszą kobietą, która w jego oczach jest bardziej rodzinna, ciepła czy „tradycyjna” niż partnerki, które spotykał wcześniej.

W obu przypadkach może pojawić się dokładnie ta sama myśl:

„Wreszcie spotkałem kogoś, kto naprawdę mnie docenia”.

I w obu przypadkach może to być zarówno początek problemów, jak i początek związku na całe życie.

Egzotyka działa w obie strony

To być może najważniejszy element całego zjawiska.

Wakacyjna rzeczywistość nie przypomina codzienności. Jest słońce, hotel, restauracje, plaża, brak zawodowych obowiązków i człowiek reprezentujący kulturę, która wydaje się fascynująca.

Dopiero później przychodzi codzienność.

Pieniądze. Praca. Rodzina. Religia. Wychowanie dzieci. Język. Miejsce zamieszkania. Oczekiwania wobec męża i żony.

Jedna z Polek będących w związku z Tunezyjczykiem zwracała uwagę właśnie na takie elementy: inną rolę rodziny, różnice w komunikacji czy odmienne podejście do codziennych sytuacji. Jednocześnie podkreślała, że są to dwa światy, które mogą nauczyć się siebie nawzajem.

I być może właśnie tutaj znajduje się granica między wakacyjnym romansem a trwałym związkiem.

Nie w paszporcie.

Nie w wieku.

Nie w tym, czy partner pochodzi z Tunezji, Egiptu, Polski czy Tajlandii.

Tylko w tym, co zostaje z wielkiej miłości wtedy, kiedy kończą się wakacje.

Bo internet uwielbia historie o „habibi”, oszustwach, wizach i pieniądzach. Znacznie rzadziej opowiada o tych, którzy poznali się przypadkiem kilka tysięcy kilometrów od domu, zaryzykowali – i po 10 czy 20 latach nadal jedzą razem śniadanie.

A takich historii również nie brakuje.