MAREK BIENIEK: Koła Gospodyń Wiejskich – więcej niż pierogi i hafty
Czasami najbardziej niedoceniane siły społeczne kryją się tuż pod nosem – w remizach, świetlicach, na wiejskich festynach i w pachnących kuchniach. Koła Gospodyń Wiejskich, przez dekady funkcjonujące gdzieś na marginesie medialnego zainteresowania, wracają dziś do łask. I bardzo dobrze, bo to nie są tylko panie z ciastem na kiermaszu. To nowoczesne liderki lokalnych społeczności, które z powodzeniem łączą tradycję z działaniem.
W ostatnich dniach w przestrzeniach konferencyjnych Stadionu Śląskiego wręczono listy gratulacyjne w ramach konkursu „Kultywowanie Tradycji Lokalnych”. Zgłosiło się aż 139 Kół, z czego 93 otrzymały dofinansowanie na łączną kwotę ponad 844 tysięcy złotych. To nie są pieniądze symboliczne. To inwestycja w kulturę, więzi społeczne i międzypokoleniowy dialog, który w wielu miejscach już niemal zanikł.

Nieprzypadkowo uroczystość miała charakter oficjalny. Marszałek Wojciech Saługa, wicemarszałek Grzegorz Boski, radni Sejmiku i parlamentarzyści podkreślali wagę działań KGW dla rozwoju lokalnych społeczności. I choć politycy często mówią rzeczy gładkie, to w tym przypadku trudno odmówić im racji. Bo Koła Gospodyń Wiejskich naprawdę robią różnicę. Zwłaszcza dziś, gdy wieś zmienia się szybciej niż kiedykolwiek.
To nie są już tylko grupy seniorek kultywujących dawne obrzędy. KGW coraz częściej zrzeszają młode kobiety – nauczycielki, urzędniczki, studentki. Są otwarte na współczesne problemy, nie stronią od projektów edukacyjnych, warsztatów ekologicznych, wydarzeń dla dzieci i działań charytatywnych. A przy tym – i to jest właśnie ich siła – robią to bez utraty swojej tożsamości. Nadal lepią pierogi, pieką chleby i uczą dzieci pieśni, których próżno szukać w Spotify.
Dlaczego to takie ważne? Bo w świecie, gdzie wszystko jest na szybko i na klik, KGW przypominają, że wspólnota to nie hasło z billboardu, tylko realne relacje. Że można działać razem, niezależnie od wieku, poglądów czy doświadczenia. Że kultura ludowa nie musi być eksponatem w muzeum – może być żywą, radosną praktyką.
Koła Gospodyń Wiejskich są trochę jak wiejskie serce – biją miarowo, czasem niepozornie, ale to one pompują krew w lokalne życie. Organizują dożynki, uczą, pielęgnują pamięć o przodkach, integrują. Robią to, czego często nie robi nikt inny.
Można się śmiać, że to „kobiety od ciasta i dekoracji”. Można też zobaczyć w nich to, czym są naprawdę – lokalnymi liderkami, strażniczkami kultury, organizatorkami życia społecznego. Jeśli wieś ma mieć przyszłość, będzie to w dużej mierze zasługa właśnie takich kobiet.
A jeśli do tego jeszcze zrobią najlepszy żur w gminie – tym lepiej.
Marek Bieniek – Radny Sejmiku Województwa Śląskiego, Polskie Stronnictwo Ludowe