Ładowanie

TERAZ:

Dwukadencyjność i złudzenie boskości niektórych lokalnych włodarzy

Dwukadencyjność prezydentów i burmistrzów to temat, który wraca jak bumerang przy każdej większej debacie o samorządach. Jedni twierdzą, że to ograniczanie demokracji, inni – że naturalny mechanizm chroniący mieszkańców przed lokalnymi „królami życia”, którzy rządzą miastami przez dwadzieścia lat i dłużej.

Ostatnio w obronie zniesienia tego ograniczenia głos zabrał Arkadiusz Chęciński, prezydent Sosnowca. Według niego przepisy są niezgodne z Konstytucją, uderzają w samodzielność samorządów i odbierają ludziom prawo wyboru. Brzmi dumnie, brzmi poważnie, ale gdzieś z tyłu głowy rodzi się pytanie: czy rzeczywiście chodzi o konstytucję, czy może raczej o to, że ktoś bardzo polubił swoje krzesło w gabinecie?

Bo spójrzmy prawdzie w oczy – wielu włodarzy miast mówi o „prawach obywatelskich”, a tak naprawdę boi się jednego: że już nigdy nie poczują ciężaru łańcucha prezydenckiego na szyi. A przecież, jeśli są tak świetnymi menedżerami, jak sami o sobie opowiadają, to spokojnie znajdą zajęcie gdzie indziej. Dobry gospodarz poradzi sobie w biznesie, w administracji centralnej, w organizacjach społecznych. To chyba nie jest tak, że poza swoim miastem nagle tracą wszystkie umiejętności?

Problem tkwi w czymś innym – w przeświadczeniu, że „ludzie i tak nas wybiorą”. Że skoro ktoś rządzi od dekady, to jest niezastąpiony. To złudne poczucie bezpieczeństwa. Bo historia polityki – zarówno tej wielkiej, ogólnokrajowej, jak i lokalnej – pokazuje, że wyborcy potrafią dać zimny prysznic tym, którzy poczuli się zbyt pewnie. Ilu to już prezydentów czy burmistrzów, pewnych swego, pakowało się po wyborach i zostawało tylko wspomnieniem na tablicy w urzędzie?

Dwukadencyjność można więc postrzegać nie jako ograniczenie, ale jako test pokory. Przypomnienie, że władza to nie przywilej bez końca, tylko służba. A służba – prędzej czy później – powinna być zdana w ręce kogoś innego. Świeże pomysły, nowe spojrzenie, inna energia – tego nie da się przecenić. Miasto nie jest prywatnym folwarkiem, a mieszkańcy nie są zakładnikami czyjejś kariery politycznej.

Argument o konstytucji i demokracji brzmi podniośle, ale trochę niezrozumiałe jest twierdzenie, że jeśli dwukadencyjność zostanie zniesiona, to obecni włodarze „na pewno” zostaną wybrani. To wręcz przeczy zasadom demokracji, w której nic nie jest pewne, a wszystko zależy od woli wyborców. Bo to oni, a nie politycy ani samorządowi notable, rozdają karty przy urnach.

I w tym właśnie tkwi sedno: dwukadencyjność nie odbiera ludziom prawa wyboru – ona przypomina, że władza jest tylko powierzona, a nie dana na zawsze. Prawdziwy lider tego się nie boi. Bo wie, że jeśli naprawdę ma poparcie, to nawet po przerwie wróci. Bo wie, że jego wartość nie kończy się na jednym stołku.

Tymczasem ci, którzy najgłośniej krzyczą przeciwko ograniczeniom, często są właśnie tymi, którzy najbardziej boją się, że poza gabinetem mogą być już tylko zwykłymi obywatelami. A to, przyznajmy, musi być naprawdę trudna wizja – zderzyć się z codziennością bez herbu miasta na wizytówce.

Dwukadencyjność nie jest więc zamachem na demokrację. To raczej antidotum na pychę, przypomnienie, że żadna władza nie trwa wiecznie, a wyborcy potrafią być bardziej wymagający, niż się wydaje. I dobrze. Bo demokracja żyje tylko wtedy, kiedy nikt nie czuje się niezastąpiony.

Grafika Portal Samorządowy

Share this content: